Małe, żółte, puchate pisklątko. I dobrze przypieczony korpus na rożnie lub w brytfannie. Tymi dwoma obrazami wyobraźnia większości społeczeństwa ilustruje hasło „kurczak”. Rzadko lub wcale myślimy o etapie pośrednim życia kurczaka – między wykluciem a ubojem i trafieniem na talerz. Tymczasem prawda może szokować.

brojler

Fot: A. Skowron

Zabijamy więcej niż zjadamy

W ubiegłym roku Polska stała się liderem produkcji drobiu w UE, wyprzedzając Francję i Wielką Brytanię. W 2014 r. wyhodowano u nas 870,1 milionów „mięsnych” kur, czyli brojlerów. To 22 kurczaki przypadające na jednego mieszkańca kraju. Polacy nie są nawet w stanie zjeść ich wszystkich, mimo że statystycznie każdy zjada już 27 kg mięsa drobiowego rocznie. Dlatego 30% polskiej produkcji trafia na eksport. Światowy apetyt na kurczaki rośnie, a nieszczęsne ptaki… są zmuszone, by za nim nadążyć.

Fabryka kurczaków

Kura towarzyszy człowiekowi od kilkunastu tysięcy lat. Niemniej jednak na to, żeby na masową skalę je hodować, zabijać i powszechnie zjadać wpadliśmy mniej niż sto lat temu. Od 60 lat hodowcy prześcigają się w wynalezieniu rasy, która będzie najbardziej przybierać na wadze w najkrótszym możliwym czasie. Zwierzęta, które lądują na naszych talerzach, pochodzą z zaledwie trzech firm sprzedających kurczęta do hodowli na mięso, a połowa z 20 miliardów kurczaków na świecie pochodzi w zasadzie z jednej linii genetycznej, „zaprojektowanej” tak, by zapewnić hodowcy maksymalną efektywność produkcji.

Ciężar cierpienia

Puchate kurczątka po wykluciu są dziś o jedną czwartą cięższe niż 50 lat temu. Kurczaki w momencie uboju są 4,5 raza cięższe niż 50 lat temu, czas tuczu skrócił się jednak w tym okresie o połowę. Żeby „wyrobić normę”, kurczaki tuczy się intensywnie przez zaledwie sześć tygodni, po upływie których zostają zabite.
Dzisiejsze brojlery i tak nie dożyłyby wieku, w jakim zabijano kury na mięso 50 lat temu. Ich przerośnięte mięśnie piersiowe obciążają stawy, doprowadzając do bolesnych zwyrodnień. Serce kurczaka nie jest w stanie wytrzymać jego własnej masy. Kurczak jest zabijany właściwie w momencie, w którym sama natura powiedziałaby „stop” zaprojektowanym przez przemysł drobiarski zmianom.

Jak zatrzymać linię produkcyjną kurczaków?

Przemysł drobiarski stara się nadążyć za popytem, hodując nie tylko coraz większe zwierzęta, ale też coraz większą ich liczbę – na coraz mniejszej powierzchni. Obecnie polskie prawo pozwala na hodowlę 22 (tych dwukilogramowych) kurczaków na metrze kwadratowym. Jedna taka ferma jak ta, którą rok temu zablokowali mieszkańcy Pobiedzisk, to dodatkowe 1,5 miliona kurczaków rocznie.
Nawet konsumenci mięsa po zapoznaniu się z faktami uznaliby dzisiejsze praktyki przemysłu drobiarskiego za poważne nadużycie względem zwierząt. Jedynym jednak sposobem, żeby skutecznie oprotestować te praktyki, jest zaprzestanie jedzenia wyhodowanego przemysłowo drobiu. Przemysł, który dziś dostosowuje się do rosnącego popytu, musiałby dostosować się również do jego spadku. By to zmienić, musimy zadać sobie pytanie, co dzieje się z kurczakiem od pisklęcia aż do śmierci – i czy tani, smakowity kąsek mięsa na talerzu jest tego wart.
Julia Dotkiewicz
16.06.2015